← Powrót do bloga

kradzież oddechu

3 stycznia 2026

Codzienny drenaż istnienia

Nie wychowałem się w domu.
Wychowałem się w polu rażenia.

Są dzieci, którym zabiera się zabawki.
Są dzieci, którym zabiera się poczucie bezpieczeństwa.
Mnie zabierano oddech — powoli, systematycznie, codziennie.

Nie krzykiem.
Nie jednym ciosem.
Ale tysiącem drobnych ingerencji w samo prawo do istnienia.

Dlaczego nie śpisz.
Dlaczego tak jesz.
Dlaczego jesteś taki.
Dlaczego oddychasz za głośno.

Nie ma dnia bez korekty mojego bycia.
Bez komunikatu:
twoje istnienie jest błędem, który trzeba poprawiać.

To nie jest brak miłości.
To jest toksyczność, która potrzebuje żywiciela.

Oni żyją, bo wypuszczają truciznę.
Ja choruję, bo ją wchłaniam.

Tak wygląda mechanizm:
czyjś alkohol, wstyd, niespełnienie, gnój życia
musi znaleźć naczynie.
Najbliższe. Najcichsze. Najbardziej wrażliwe.

Dzieci.
Syn.

Ten, który jeszcze nie uciekł.
Ten, który kocha pomimo.

Bicie pasem nie kończy się na skórze.
Ono zostaje w mięśniach, które całe życie są gotowe na uderzenie.
W gardle, które uczy się połykać krzyk.
W brzuchu, który tyje, bo musi coś amortyzować.

Dziewięć hospitalizacji psychiatrycznych
to nie „historia leczenia”.
To metryka wojny, której nikt nie nazwał wojną.

Kiedy mówię, że wiszę na krzyżu,
nie mówię symbolicznie.
Mówię o stanie, w którym każdy dzień
jest utrzymywaniem się przy życiu
bez zgody na śmierć
i bez pozwolenia na ulgę.

Najokrutniejsze w tym wszystkim
nie jest przeszłość.

Jest ciągłość.

Urodziny — awantura.
Święta — awantura.
Nowy rok — awantura.
Poranek — oskarżenie.

To nie są konflikty.
To są rytuały dominacji,
które mają jedno zadanie:
przypomnieć, że oddychanie nie należy do mnie.

A jednak oddycham.

Nie dlatego, że mam wsparcie.
Nie dlatego, że „jest lepiej”.
Oddycham wbrew.

Jestem kruchy nie z wyboru,
ale z faktu, że moje ciało nie zgodziło się stwardnieć jak oni.
Kruchość jest jedyną formą,
w jakiej jeszcze nie zostałem skażony.

Jeśli to czytasz i czujesz dyskomfort —
dobrze.
To znaczy, że dotarło.

Bo to nie jest tekst o przeszłości.
To jest tekst o tym,
jak wygląda życie, gdy ktoś kradnie ci oddech
i nazywa to wychowaniem, troską, normalnością.

Nie chcę litości.
Chcę, żebyś zobaczył.

I może — tylko może —
zapytał siebie:
czyj oddech właśnie w twoim świecie
jest odbierany po cichu.

Ja jeszcze żyję.
Ale nie dlatego, że było mi dane.

Dlatego, że nie oddałem wszystkiego.

Jestem ostatnim liściem.
Nie metaforą.
Dowodem.

tak trwam.